GESTY KONCEPTUALNE
Przestrzeń dla sztuki ZERO3 przedstawia filmy Józefa Robakowskiego z lat 1970-1974. Akcje do kamery Józefa Robakowskiego stanowią zapisy biologiczno-mechaniczne. GESTY KONCEPTUALNE to także prezentacja zdjęć z fundacji Energii Obrazu Sławomira Smolarka. Ekspozycja wychodzi poza prace określone powyżej. Wydarzenie ma na celu stać się powodem do rozważań związanych z realiami i potrzebami czasu powstania prac fotograficznych i filmów, oraz z percepcją indywidualnych, ponadczasowych i nowych kontekstów. Rozmowy z Józefem Robakowskim i Sławomirem Smolarkiem niewykluczone, że przerodzą się w dyskusje o sztuce video i jej kolekcjonowaniu. Serdecznie zapraszamy
Józef Robakowski
Artysta, historyk sztuki, autor filmów, cykli fotograficznych, zapisów video, rysunków, instalacji, obiektów, projektów konceptualnych oraz inicjator wielu ważnych zdarzeń i multimedialnych akcji artystycznych. Kurator i właściciel Galerii Wymiany.
Urodził się 20 lutego 1939 roku w Poznaniu.
Studiował na Wydziale Sztuk Pięknych UMK w Toruniu historię sztuki i muzealnictwo oraz na Wydziale Operatorskim PWSFTviT w Łodzi, gdzie w latach 1970 -1981 był wykładowcą i kierownikiem Zakładu Fotografii i Reklamy Wizualnej. W 1995 roku powrócił do pracy na tej uczelni, gdzie obecnie prowadzi pracownie działań multimedialnych.
Współzałożyciel grup artystycznych, podejmujących eksperymentalne działania, m.in.:
OKO (1960),
STKF PĘTLA (1960-1966),
ZERO-61 (1961-1969),
KRĄG (1965-1967)
oraz powołanego w 1970 roku w Łodzi zespołu pn.: Warsztat Formy Filmowej i Telewizyjnej Grupy Twórczej Stacja Ł (1991-1992).
„Uważam film za najdoskonalszą formę wypowiedzi, stąd pozostałe działania wyrażające się poprzez teorię sztuki, plastykę, fotografię, poezję, psychologiczne testy, organizowanie zdarzeń i interwencji traktuję jako uzupełnienie niezbędne do doskonalenia widzenia filmowego.
Obecnie przedmiotem mojej pracy jest eliminowanie z filmu elementów charakterystycznych dla wypowiedzi literackiej. Zdaję sobie sprawę z tego, że taka koncepcja krępuje swobodę działania, stawia sztuczne bariery oraz prowadzi na peryferie specyfiki gatunku. Jednak wierzę, a właściwie jestem przekonany, że przez różnego rodzaju badania, próby, propozycje uda mi się uwolnić film z balastu nawyków przejętych z literatury bezkrytycznie akceptowanych prawie powszechnie zarówno przez twórców filmowych jak i odbiorców. Długoletni mariaż literatury z filmem doprowadził do oczywistego impasu, w wyniku czego doczekaliśmy się widowiska zbyt ilustracyjnego, wyjałowionego z wszelkich możliwości abstrakcyjnego działania na wyobraźnię odbiorcy. Literatura posługująca się słowem jako elementem opowiadania sekwencyjnego (fabularnego) sterowanego warstwą semantyczną – działa nadal abstrakcyjnie na wyobraźnię odbiorcy, poprzez wyobrażenie.
Film posługujący się fizycznie istniejącym obrazem fotograficznym działa bezpośrednio, konkretnie, dopiero jego uabstrakcyjnienie następuje w fazie montażu, specjalnej obróbki laboratoryjnej (wszelkiego typu skażenia techniczne, zabiegi plastyczne itp.) i udźwiękowiania.
Pracując obecnie w Warsztacie Formy Filmowej przy łódzkiej szkole filmowej mam możliwości przeprowadzenia praktycznie nieograniczonych prób i doświadczeń polegających na badaniu granic percepcji moich filmów przez innych ludzi. Stają się więc one różnego rodzaju testami, za pomocą których staram się określić, jak daleko można w obecnej chwili podważyć nawyki percepcji typu literackiego. W tych badaniach realizowanych często całym zespołem, staramy się znaleźć odpowiedź, jakimi prawami rządzi film pozaliteracki? Jeszcze w czasie pobytu na uniwersytecie toruńskim czyniłem pewne próby stworzenia za pomocą udźwiękowionych obrazów filmowych, czysto abstrakcyjnych, pewnych gradacji nastrojów (stanów emocjonalnych) sterowanych najczęściej rytmem jako środkiem dramaturgicznym „Jezioro Łabędzie”, „Suita” (współpraca A. Mikołajczyk). Dzisiaj zajmuję się między innymi obiektywną rejestracją rzeczywistości przez kamerę filmową („Po człowieku”) – współpraca R. Meissner, T. Junak, bowiem uważam kamerę filmową za maszynę najwierniej rejestrującą rzeczywistość.
W innej próbie rezygnuję rozmyślnie z rejestracji, zresztą pozornej i robię film bez użycia kamery filmowej („Test”), który polega jedynie na rytmicznym sterowaniu emisji strumienia światła wysyłanego przez układ świetlny projektora filmowego. Różnorakie natężenie białego strumienia powoduje niezmiernie interesujące fizjologicznie zjawisko zwane powidokiem. W etiudzie („Rynek”) – współpraca T. Junak, R. Meissner, staram się zakłócić rzeczywisty czas filmowy przez mechaniczne kondensowanie obrazów oddających w miarę obiektywnie rzeczywistość, dokonując zdjęć filmowych kamerą poklatkową. Całodzienna rejestracja widoku rynku następowała od godziny 700 do 1600 systemem 2 klatki co 5 sek. W rezultacie otrzymany wyciąg z normalnego procesu rejestracji daje wielu odbiorcom wrażenie ciągłego zapisu tego zdarzenia. W „Collage”, przez zestawienie swobodnie ułożonego materiału filmowego z nagraniami radiowymi zarejestrowanymi na taśmie magnetofonowej z reguły uruchamianej przypadkowo podczas kolejnych projekcji udało się otrzymać efekt „płynnej dramaturgii”. Istotą niedawno zrealizowanej „Kompozycji” jest rozbicie ciągłości melodyki klasycznego utworu organowego obrazem barwnym (czerwień) w wyniku czego nastąpiło rytmiczne „zawieszenie” czasowo melodii oraz zrównoważenie dźwięku i obrazu.
Ostatnio zrealizowany podczas I Czyszczenia Sztuki w Warszawie „Zapis” (wykonano tam około 200 portretów różnych przypadkowych ludzi kamerą filmową) wskazał zasadniczą różnicę zapisu filmowego od fotograficznego. Okazało się również, że klasyczną dramaturgię można zastąpić w filmie zmiennością zarejestrowanych zjawisk sterowanych rytmem. Wszystkie te próby o charakterze teoretycznym i praktycznym podejmuję w celu odnalezienia i poznania pewnych specyficznych cech filmu, bowiem uważam, że podobnie jak w muzyce, poezji, balecie, malarstwie, architekturze – musi dojść do „czyszczenia” tej dyscypliny ze zbędnego balastu literatury.
Myślenie literackie charakterystyczne dla XIX wieku wypaczyło zjawisko filmowe, odebrało mu jego właściwości już u progu powstania, stąd wracam często do prehistorii kina, tam można odnaleźć jeszcze wiele dróg opuszczonych przedwcześnie przez filmowców bezwiednie hołdujących filmowi literackiemu.
Dotychczasowe osiągnięcia „czystego kina” przekonują, że fabuła i anegdota należą już dzisiaj do archaicznych środków wyrazu języka filmowego, że w związku z tym zmienia się funkcja aktora, słowa, montażu, obrazu, dźwięku, barwy…
Włączając w batalię o „czyste kino” współczesną wiedzę, teorię sztuki, dotychczasowe osiągnięcia i doświadczenia techniczne mamy wielką szansę.”
Józef Robakowski – Jeszcze raz o „czysty film” „Polska” nr 10/1971, Warszawa i „Robotnik Sztuki” nr 4, Elbląg, 1972
Źródło: http://www.robakowski.eu
Sławomir Smolarek i kolekcja
Jeśli się już pojawi to jest go pełno. Sławek Smolarek nie ma w sobie nic ze snoba. Szybko skraca dystans i przechodzi do konkretów. Bezpośredniość graniczy z arogancją, co w świecie sztuki może być odbierane w najlepszym razie jako niepoprawność, w najgorszym jako prowokacja. Jeśli przejdziesz próbę, to zaczyna się prawdziwa rozmowa o sztuce i fotografii. Początkowo trudno uwierzyć w to, co Sławek opowiada. Nie tylko o fotografii i kolekcjonowaniu, ale też o sobie i spotkaniach z artystami, Różyckim, Lachowiczem, Robakowskim. Wydaje się dość niefrasobliwy, ale to tylko pozory. W zbieraniu sztuki jest rygorystyczny, cierpliwy, nie do powstrzymania. Nie kieruje się trendami, nie zbiera nazwisk (choć ma kanon) i nie dba o zysk (za to lubi okazje i niespodzianki, oczywiście). Jeśli Sławek Smolarek by nie istniał, to trzeba by go wymyślić.
To kolekcja szeroko rozumianej fotografii neoawangardy PRL. Od Zero-61 do Permafo, od Dłubaka do Robaka, od Kwieka do Kryszkowskiego. Są tu też skarby szczególne jak prace nestora fotografiki Witolda Dederko. Cezurą, której ściśle przestrzega Smolarek jest rok 1989. Nie dość, że koniec Polski Ludowej, to także początek jego studiów i pracy w komercyjnej fotografii. Sławek zbiera fotografię, bo to medium jego wypowiedzi, ale wyłącznie fotografię historyczną, czyli taką, która była przed nim. Nie zbiera z kolei fotografii przedwojennej, bo Wielka Awangarda to wielkie ceny. Tymczasem rzeczy z PRL nie dość, że można było jeszcze niedawno kupić za bezcen, to jeszcze była – i wciąż jest – okazja spotkania i rozmowy z artystami i artystkami z epoki. Kontakt bezpośredni z twórcą jest dla kolekcjonera bezcenny, o możliwości pozyskania obiektów z najpewniejszego źródła nie wspominając.
Sławek Smolarek uwielbia wymianę. Zarówno z artystami, ale też z innymi kolekcjonerami. Tak, dla kolekcjonera sztuka jest towarem, ale towarem cenniejszym niż złoto. Od płacenia wymiana wydaje się stosowniejsza, łączy obie strony transakcji w mocniejszy, symboliczny sposób. Sławek wymienia się z kolekcjonerami i kolekcjonerkami, co wpisuje go w siatkę kontaktów towarzyskich, ale też z artystami i artystkami, co jeszcze bardziej zbliża go do sztuki. Wzorem jest Galeria Wymiany Józefa Robakowskiego. Zbieranie to proces rozciągnięty w czasie. Kolekcjonowanie to ciężka praca; praca badawcza, wysiłek towarzyski i organizacyjny. Sławek uwielbia dzielić się opowieściami i pokazywać sztukę, dlatego jako pierwszy członek Fotoklubu zaproponował i przygotował prezentację swojego zbioru. Kolekcjonowanie to tworzenie czegoś większego niż suma poszczególnych elementów. Sławek mówi wprost: „moja kolekcja to dzieło sztuki”. A po chwili dodaje: „dzieło sztuki sztuki konceptualnej”.
Jaka jest tożsamość tego zbioru? Sławek Smolarek jest fotografem, więc interesują go nie tylko artystyczne koncepty, fotomedialne idee, ale też technika, aparat, praca z materiałem światłoczułym, przysłona, obiektyw itd. Wspólnym mianownikiem dzieł z kolekcji jest zaskoczenie (coś wygląda jak Bruszewski, ale jest Gajewskim i to wcale nie Henrykiem). Wiele prac jest uratowanych, sporo obiektów muzealnych, które dla Sławka są pretekstem do snucia wspomnień i anegdot o spotkaniach. Na zadane wprost pytanie co właściwie kolekcjonuje, Sławek Smolarek odpowiada bez wahania: „fajne rzeczy”.
Cel kolekcji to dla Sławka przygoda: spotkania ze sztuką i z ludźmi. To impuls, by zdobyć upragnione dzieło, ale też kompulsywne poszukiwanie, poszerzanie i pogłębianie wiedzy na temat poszczególnych dzieł, wystaw, artystów, nurtów. „Jeśli chcę mieć w zbiorze dzieło Rytki albo Robakowskiego, to muszę przeczytać wszystkie teksty, przejrzeć wszystkie katalogi i obejrzeć wszystkie filmy o nich”, mówi. To poczucie spełnienia jest pochodną procesu kolekcjonowania. Sławek mówi, że dzięki sztuce czuje jakby codziennie wygrywał los na loterii. Wygraną jest nie tylko dzieło, ale emocje towarzyszące jego poszukiwaniu. Stopniowo zbiór z klasyką polskiej sztuki fotomedialnej drugiej połowy XX-wieku staje się konceptualnym dziełem, które przekracza ramy egzystencji kolekcjonera.
Źródło: Tekst autorstwa Adama Mazura (archiwum kolekcjonera).